Powstanie dresiarskie

Dlaczego obecność kiboli na rocznicach powstania warszawskiego przestała nas dziwić, a wartość polskiego patriotyzmu niebezpiecznie zbliża się do ceny poliestrowej bluzy wyprodukowanej w Bangladeszu?

W ciężkich czasach śmiercionośnej „lewackiej propagandy” płynącej ze zgniłego zachodu, Polska przetrwała jako ostoja pokornych i dobrotliwych ludzi. Tych zwykłych, prostych, hołdujących tradycyjnym wartościom. Tymi słowy rozpoczyna się każda bajka, której ton rozbrzmiewa z ust czołowych polityków, hierarchów kościelnych, pokornych publicystów. Na sztandarach najczęściej niosą patriotyzm, jasno wyznaczając granicę między tym co białe, a tym co czerwone. Swojska polityka historyczna nie znosi bowiem półśrodków. W tej bajce, za siedmioma blokami czai się szaleniec, który rzeźbi nas tępym dłutem, bez znieczulenia. W palecie szarości powstaje model „prawdziwego Polaka”. Duch nowoczesnego patriotyzmu zaklęty zostaje w poliestrowym dresie z nadrukiem godła – uniformie właściwym nie tylko celebracji ojczyźnianej miłości, ale też rozgrywkom rzutu kostką brukową odbywających się co roku w Święto Niepodległości. Polska bajka o prawdziwym patriotyzmie bogata jest w wiele wątków, ale niezależnie od inwencji jej twórców, pozostaje co najwyżej nieudolnym praniem mózgu. Znamy już bajki o krainach królów, księżniczek, smoków i czarownic. Dziś poznajemy bajkę o świecie pewnego prezesa.

Świat ten jest jak rozrzucone puzzle. Nie sposób jednak odnaleźć w nich przyzwoitości czy choćby zdrowego rozsądku. Może zbyt często dziedzictwo i duma narodowa pokazywane były nam w krzywym zwierciadle? Nie jest bajką, że w kraju patriotów, nadal ponad 10 milionów Polaków popiera formację polityczną, która niemal każdym swoim działaniem pacyfikuje demokratyczne państwo prawa. Bardziej obchodzi nas karkówka na niedzielnym grillu, niż Trybunał Konstytucyjny. Zamach stanu w białych rękawiczkach nie jest oskarżeniem rzuconym na wiatr i dzieje się naprawdę. Na naszych oczach środkowy palec kierowany jest na minione 27 lat i wszystkich ludzi, którzy ośmielą się szepnąć „stop”. Każdy, kto spróbuje lekko uszczypnąć wszystkich śpiących, narażony jest na duży łomot. Wolność słowa jest już bowiem zarezerwowana nie dla zwolenników demokratycznych rozwiązań, a kiboli maszerujących w antypokojowych manifestacjach. Stało się to wszystko nie tak dawno temu, gdy kiboli na patriotów namaścił sam Jarosław Kaczyński. W 2011 roku, komentując walkę Donalda Tuska z przestępczością na stadionach, stwierdził co prawda że „Z chuligaństwem, bandytyzmem, ustawkami, z tym wszystkim trzeba bezwzględnie walczyć, ale jeżeli kibice urządzają uroczystości patriotyczne, to trzeba bić im brawo. Kibice, tak jak inni obywatele, mają prawo do swoich poglądów politycznych, a na stadionach panują te same reguły co w całym kraju, czyli jest wolność słowa”.

Można zastanawiać się, czy miejsca takie jak stadiony są odpowiednie dla „uroczystości patriotycznych” i czy w ich programie powinny znajdować się bójki i pobicia. Po kilku latach, rzucone pytania mogą świadczyć już wyłącznie o naiwności pytających – bo to od kilku lat okazuje się, że kibole mają prawo do właściwej sobie ekspresji nawet na cmentarzach. Nie wiem czy miłość do ojczyzny wpływa na przedwczesne łysienie, niemniej jednak, od wielu lat to właśnie mężczyźni strzyżeni masowo „na Pazdana”, poczuli się uprawnieni do wyrażania swoich poglądów również poza stadionami – w znamiennym dla ich środowiska stylu. Prezes wszystkich kiboli nadał podwaliny na nowy system wartości, który wyznaje coraz większa część najważniejszych urzędników państwowych.

Kibolskie standardy polskiej polityki nie ominęły i bohaterów powstania warszawskiego. Antoni Macierewicz - Minister Obrony Narodowej, pierwszy śledczy, wizjoner i co gorsza, kibol - postąpił i tak w sposób nadzwyczaj łaskawy. Zaprosił przecież powstańców do negocjacji. Wobec bohaterów zostały zastosowane wszystkie klasyczne narzędzia „dobrej zmiany” - od szantażu po manipulację. Coraz częściej słyszymy, że historia jest pisana na nowo - nikt chyba jednak nie przypuszczał, że to powstańcy będą piątym kołem u wozu dla prawdziwych patriotów, zupełnie zresztą jak Papież dla polskich katolików. Poczucie winy, sentyment szacunek? To skarby, których nie znajdziemy w bajce prezesa.

Upamiętnianie powstania warszawskiego od lat przybiera dziwaczną formę. Szacunek i hołd przysłaniany jest bezmyślnym „świętowaniem”. To przecież tak egzotyczne, że ktoś kiedyś mógł zginąć na ulicach miasta w imię ojczyzny, a nie pod kołami rozpędzonego samochodu, biegając w poszukiwaniu pokemonów. Przekaz medialny jest bezrefleksyjny i jednoznaczny – gdyby powstanie warszawskie miało odbyć się dziś, powstańcami byliby bezrobotni mężczyźni zaprzyjaźnieni z maszynką do golenia, a w wielu przypadkach maczetą, używaną nie tylko do krzewienia miłości do ojczyzny. Bajka przeplata się z rzeczywistością, tak jak wydarzenia historyczne z fikcją. Umiejscawiając tam powstanie warszawskie, w rezultacie otrzymujemy nośne zjawisko popkulturowe. Dziennikarze opowiadają o tym schodząc do wypolerowanych kanałów, a jakby jeszcze komuś było nudno, do dyspozycji pozostają nam wizualizacje, makiety, poliestrowe bluzy i opaski. Pomyśleć w końcu można, że Warszawa nie była miastem, a lunaparkiem, a sami powstańcy uczestniczyli w ekstremalnej loterii, w której największą nagrodą było oddanie życia za ojczyznę... Oddanie życia brzmi przecież lepiej, niż po prostu śmierć – ta nie pasuje do lukrowanej opowieści o heroicznym powstaniu.

Gdzieś między meczem a festynem, gubi się świadomość tego, że tragicznym skutkiem powstania była śmierć blisko 150 tysięcy młodych ludzi, w żaden sposób nieodpowiedzialnych za wojenne konflikty. Na pytanie, czy ich śmierć była potrzebna, nie znajdziemy raczej pożytecznej odpowiedzi. Mimo że wielu z nas wątpi, czy ta śmierć była potrzebna nam samym, z pewnością jednak nie była potrzebna ofiarom, ich najbliższym, przyjaciołom i pozostałym ocalałym Warszawiakom. Powstanie Warszawskie to nie fikcyjna legenda, komiks, czy XX wieczny odpowiednik gier zręcznościowych – to jedna z największych tragedii naszej historii. Tragedii od kilku lat podsumowanej gwizdami na cmentarzu, polityczną pogardą i niezrozumiałą chęcią zemsty.

Za upadek ideałów często obwiniani są ludzie młodzi. Jako jeden z nich mogę powiedzieć jedno – będzie coraz gorzej i trudno się temu dziwić. Miłość do ojczyny, w tej jedynej słusznej formie, przyprawiona jest bowiem sporą dawką obłudy. W zbyt wielu przypadkach treściowo pokrywa się z nacjonalizmem. W słownikach zbyt wielu ludzi, patriotyzm jest synonimem ksenofobii, rasizmu czy homofobii. Jako produkt w rękach polityków, patriotyzm już dawno temu stracił termin przydatności do spożycia. Konsumentami tego produktu nie są jednak obywatele upatrujący satysfakcji w swoich indywidualnych osiągnięciach – patriotyczna pulpa serwowana jest masom, które siły szukają wyłącznie w grupie, nazwanej w tym przypadku szumnie narodem. Uprawiana obecnie polityka historyczna polega wyłącznie na przedłużaniu tego terminu do spożycia, co sprawia, że patriotyzm w nowym wydaniu staje się coraz bardziej niestrawny. Mekkami tego patriotyzmu są właśnie blokowiska i stadiony a nie domy zwykłych polskich rodzin. To dlatego dziś można zmienić ustrój bez użycia najmniejszej przemocy i pogardzać żyjącymi bohaterami w imię politycznych igrzysk.

Kiedy słyszę krytykę postawy dzisiejszej młodzieży, naturalnie kieruję myśli ku starszym pokoleniom. Czy naprawdę to z młodymi jest coraz gorzej? Andrzej Duda, Jarosław Kaczyński, Paweł Kukiz, Marian Kowalski – wszyscy panowie, pomimo dzielących ich różnic, deklarują patriotyzm na każdym kroku swej publicznej działalności. Czego można wymagać od ludzi młodych, skoro Patriota Andrzej Duda przysięga wierność postanowieniom Konstytucji RP, po czym bez cienia wstydu i zażenowania sprowadza urząd Prezydenta Rzeczypospolitej do wykonawcy poleceń jednego posła? Ile warte są szlachetne deklaracje Prezydenta, skoro między jedną a drugą mszą podpisuje ustawy sprzeczne ze wszystkim czego dowiedział się w ciągu pierwszego semestru studiów prawniczych? Jakie możemy mieć oczekiwania wobec młodych, skoro nawet premier tego kraju wyznaje nowy porządek ustrojowy, w którym to nie ona, lecz jeden poseł sprawuje politykę wewnętrzną i zagraniczną?

Patriotyzm dziś jest taki sam, jak polityka socjalna Prawa i Sprawiedliwości – populistyczny, tani, krótkowzroczny i sprzyjający potrzebom obywateli zrzucających odpowiedzialność za własne życie na państwo. Jarosław Kaczyński ośmielił wszystkie demony tego kraju, oddając głos pysze, pogardzie i nienawiści. Skoro bowiem w Sejmie RP poseł może pokazać opozycji środkowy palec, to dlaczego anonimowy Jan K. nie może wygwizdać kogoś na cmentarzu?

Każda bajka i każdy koszmar kiedyś znajduje swoje zakończenie. Nie przyzwyczajajmy się jednak do narracji smutnej bajki o prezesie. Walka o godność i szacunek dla innych jest dziś znacznie łatwiejsza niż 72 lata temu. Chwała bohaterom jest potrzebna tak samo jak potępienie niegodziwości i kłamstwa. Pamiętajmy o tym, zatrzymując się w godzinę W.
Trwa ładowanie komentarzy...