O autorze
Aplikant adwokacki, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, oporny biegacz amator, patriota 2.0 ;)

Nieznajomość prawa szkodzi... Coraz bardziej. Wystarczy zetknąć się choć na moment ze środkami masowego przekazu, by odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z ogólnokrajową epidemią.

Pokolenie młodych obywateli, którego stanowię część, obecnie nie spełnia żadnej wartościowej roli w debacie publicznej. Siłę przebicia mają jedynie "manifesty" wyrażane językiem memów, demotywatorów i emotikon. Coraz mniej miejsca jest na merytoryczne dyskusje, a krążące w obiegu opinie coraz rzadziej oparte są na fundamentach naukowych, a częściej na tych wątłych, czysto intuicyjnych.

Mój blog będzie skromnym wyrazem sprzeciwu wobec takiego stanu rzeczy i próbą skierowania dyskusji o najważniejszych sprawach polskiego życia publicznego na bardziej racjonalne tory.

Zapraszam do kontaktu! @W_Sawinski wojciech.sawinski@outlook.com

Cisza wyborcza - lubię to!

Już tylko kilka godzin dzieli nas od końca kampanijnej burzy. Temat ciszy wyborczej powraca jak bumerang z końcem każdej kadencji. Czy w dobie Internetu ma ona jeszcze jakikolwiek sens? Moim zdaniem ma – i to głębszy, niż sam ustawodawca mógłby pomyśleć!

Status związku: to skomplikowane
Można się kłócić na wiele sposobów. Większość z nich nasi politycy wypróbowali już dawno temu. Sztuka awanturnictwa została przez nich opanowana na tyle perfekcyjnie, że dziś już raczej nie uchodzi za narzędzie destrukcji, a skuteczny sposób na budowanie solidnego kapitału politycznego. Spektakl ten stał się nieodzownym rytuałem nieco toksycznego związku Polaków z polityką. Tak jak w burzliwym romansie, tu nienawiść graniczy z uwielbieniem. Nie lubimy się nudzić – bardziej niż rzeczowych argumentów spragnieni jesteśmy silnych bodźców. Jednak w każdym związku, niezależnie od tego czy walczymy na argumenty, decybele czy też noże, tradycyjnym elementem każdej poważnej sprzeczki są ciche dni. Polityka, niczym złośliwa kochanka, potrafi człowieka mocno wkurzyć. Po każdej kłótni najpiękniejszy jest jednak moment ciszy (tu zrozumieją mnie chyba tylko mężczyźni). Uporczywe milczenie z założenia ma być formą celowej kary wymierzonej w partnera. O ile w przypadku relacji w życiu osobistym można by się zastanawiać czy to faktycznie kara, świat polityki nie pozostawia złudzeń – cisza wyborcza to prawdziwa nagroda za wszystkie doznane cierpienia w kampanii.

Ani słowa o polityce
Po długich miesiącach burzliwych debat i konferencji prasowych, zamiast gwiazd polityki możemy obejrzeć dokument poruszający tematykę okresu okołoporodowego u klaczy i źrebiąt, z kojącym akompaniamentem głosu Krystyny Czubówny. To wtedy, możemy spokojnie wyjechać za miasto bez obaw, że w pociągu napadnie nas premier Ewa Kopacz, by spontanicznie porozmawiać o Polsce. Co prawda, tego jednego dnia nie dostaniemy darmowej kawy ani chociażby krówki od Janusza Piechocińskiego, ale będziemy mogli spokojnie odwiedzić rodzinę na wsi - w końcu w ten jeden dzień Beata Szydło na pewno nie urządzi tam konferencji prasowej. Czy może być lepiej?!

Wylogować się z kampanii
Obecnie nie zanosi się na to, by dyskusja o zasadności ciszy wyborczej znalazła rychły finał. Wątpliwości co do sensu jej utrzymania mają nie tylko politycy, ale przede wszystkim sami prawnicy. W świetle obowiązującego prawa, od północy zakazane będzie prowadzenie kampanii nie tylko poprzez zwoływanie zgromadzeń, manifestacji czy rozdawanie materiałów promocyjnych kandydatów. Zakaz agitacji obejmuje również działalność w sieci – i tylko to jest pewne. Przepisy w aktualnym brzmieniu nie dają bowiem rozwiązania problemu nowoczesnych środków przekazu, a doktryna do tej pory również nie wypracowała jednolitego stanowiska odnośnie form naruszenia ciszy wyborczej chociażby za pośrednictwem portali społecznościowych. Co można a czego nie wolno udostępniać na swoich prywatnych profilach podczas ciszy wyborczej? Tego rodzaju wyzwania jakie przychodzą wraz z nowymi technologiami, przeciwnikom aktualnej regulacji dają podstawowy argument – cisza wyborcza to relikt dawnych czasów, niedostosowany do nowej, dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości. Po co utrzymywać jakiś zakaz, skoro tak łatwo można go złamać? Po co, skoro często za jego złamanie nie da się, albo wręcz nie ma sensu karać?

Cena spokoju
Konsekwencje naruszenia ciszy wyborczej, przynajmniej w teorii, mogą być dotkliwe - karą jest grzywna, która w przypadku opublikowania sondaży, może sięgnąć nawet miliona złotych. W pozostałych przypadkach, grzywna może być wymierzona w wysokości od 20 do 5 tysięcy złotych. Co do zasady, wysokość kary uzależniona jest od przewinienia. Jak to ma się do rzeczywistości? Załóżmy, że nasz sąsiad, Pan Heniek, wpadnie na pomysł by rozdawać ulotki swojego faworyta pod osiedlowym warzywniakiem. O ile pozostali mieszkańcy zawiadomią odpowiednie organy, ewentualna grzywna będzie miała zapewne wymiar jedynie symboliczny. Co jeśli jednak pan Heniek jest internetowym celebrytą i pomimo ciszy nadal prowadzi kampanię na Facebooku? Czy można go ukarać w sposób surowszy? Czy wysokość grzywny będzie wówczas uzależniona od liczby jego wirtualnych znajomych, czy może od tego ile osób rzeczywiście mogło zapoznać się z udostępnionym przez niego postem? Te pytania pozostają wciąż otwarte, a to dla wielu poddaje pod dużą wątpliwość sens regulacji w obecnym brzmieniu.

Sałatka wyborcza à la Twitter
Podstawowym uzasadnieniem dla regulacji zakazu agitacji wyborczej jest danie wyborcom czasu na spokojne podjęcie decyzji. W założeniu ustawodawcy, ma być to czas na uspokojenie emocji związanych z intensywną kampanią wyborczą i niczym niezmąconą refleksję nad znaczeniem i wagą swojego głosu.

Dla większości obywateli, wybory parlamentarne, zaraz po prezydenckich, to jednak ulubiony show. Kto z nas bowiem od początku kampanii nie śledzi zaciekłych sporów politycznych? Prędzej czy później, ta gra wciąga każdego. Wyborców, którzy nie podjęli jeszcze ostatecznej decyzji jest stosunkowo niewiele. Ta nieznośna niepewność kto prowadzi w wyborczym wyścigu, dla większości jest katorgą – nagle po tylu miesiącach przesytu informacji nie mamy dostępu do kolorowych słupków procentowych. Z pomocą jednak, jak zwykle przyszły nowe technologie. Dzień wyborów na Twitterze stał się już nieoficjalnym świętem miłośników gotowania. Jeśli oddałeś głos na buraka, możesz przeżyć duże rozczarowanie widząc, że większym wzięciem cieszy się przeleżany już trochę kartofel. Dodatki w postaci majonezu, czosnku i cierpkiej cytryny mogą już przesądzić o całkowitej niestrawności potrawy, którą zajadać będą się od wieczora wszystkie media. Pomyślmy jednak, jak byłoby pięknie, gdyby cisza wyborcza trwała na przykład tydzień? Całe 7 dni bez sondaży, konwencji wyborczych, przydługich przemówień i jałowych debat. Być może wówczas przestalibyśmy kalkulować mniejsze zło, a zdecydowalibyśmy się na ryzyko głosowania zgodnie z naszymi prawdziwymi poglądami?

Absurd czy błogosławieństwo?
Cisza wyborcza w wielu państwach (np. w USA czy Niemczech) nie jest przedmiotem regulacji prawnej, a po prostu kwestią zwyczaju. To pewna umowa dżentelmeńska, oparta jedynie na dobrych manierach kandydatów. Co za tym idzie, za jej naruszenie nie grożą żadne konsekwencje prawne. Dla wielu z nas, cisza wyborcza to wynalazek dość przestarzały, ale patrząc na to z drugiej strony, czy tę zachodnią koncepcję można by przenieść na polskie warunki? Czy w polskiej polityce można się doszukać dżentelmenów i chociaż szczypty dobrych manier? Dzięki ciszy wyborczej, komfort odczuwają nie tylko obywatele, ale nawet sami politycy, tak często postulujący jej zniesienie. Dzięki obecnej regulacji, w dzień wyborów nie ma miejsca na niespodzianki - wszystkie haki na kontrkandydata ujawnione zostają wcześniej, dzięki czemu ma on realną możliwość oczyszczenia się ze stawianych mu zarzutów. A ja, ze spokojem i bez obaw, w końcu spokojnie mogę pooglądać telewizję :)
Trwa ładowanie komentarzy...