Nie zasłużyliśmy na dobrego prezydenta

Uroczystość zaprzysiężenia prezydenta to niewątpliwie święto demokracji. Szkoda, że takim świętem nie można nazwać każdych wyborów. Te coraz częściej przypominają tanie reality show, w którym zamiast najważniejszych urzędników, wybieramy ulubioną gwiazdę popkultury. Czy naprawdę dziś mamy co świętować?

Śpiąca demokracja
Dla typowego Polaka u prezydenta liczy się głównie osobowość. Dobry prezydent, to ten którego się lubi. Przed odpowiedzią na pytanie o kompetencje leżące w jego zakresie, przeciętny obywatel nie przypomni sobie postanowień Konstytucji RP, ale kultowy już żart Donalda Tuska o prezydencie jako strażniku żyrandola. Wybory, które są jeszcze większym "świętem demokracji" niż zaprzysiężenie nowego prezydenta, z roku na rok stają się coraz bardziej spektakularnym medialnym show transmitowanym nieprzerwanie we wszystkich środkach masowego przekazu. Ten, kto zbagatelizuje tę próżną otoczkę, odpada z gry – zupełnie jak ustępujący prezydent, Bronisław Komorowski.

Dla nikogo tajemnicą nie jest, że 24. maja nie wygrały idee. Wygrała kampania. Wygrały emocje niezadowolonych i znudzonych Polaków, którzy nawet nie chcieli poszukać remedium na swoje zmartwienia. Potrzebowali tylko przekonywującego dealera, który zręcznie sprzeda im dobry towar w postaci atrakcyjnie brzmiących obietnic. Ci tęskniący za bardziej widowiskową rewolucją, zwrócili się ku kandydaturze Pawła Kukiza, samozwańczego obrońcy demokracji. Wszyscy Polacy, do tej pory jakby uśpieni, stali się nagle entuzjastami jednomandatowych okręgów wyborczych. Ta nostalgia za demokracją bezpośrednią budzi jednak co najmniej dezorientację, jeśli nie oburzenie. Jako obywatele nie potrafimy i nie chcemy korzystać z uprawnień, które już mamy – frekwencja od samego początku istnienia demokratycznej RP nie jest zadowalająca, sukcesem jest przekroczenie 50-ciu procent. Nie wykorzystując w pełni danych nam instrumentów wpływu na doniosłe sprawy państwa, chcemy tych instrumentów mieć więcej. Po co? Dlaczego? Gdzie leży przyczyna wewnętrznej sprzeczności, tej nieustającej schizmy między tym co robimy a tym co deklarujemy? Czy wyrażana potrzeba zwiększania wpływu obywatela na sprawy państwowe, zasługuje na jakąkolwiek atencję, skoro obywatel ten sprawami państwowymi wcale się nie przejmuje?

Praca u podstaw
Kampania w tegorocznych wyborach prezydenckich przez nikogo nie była oceniana pozytywnie. Narzekano na brak merytorycznej debaty i na zbytnią rozrzutność czołowych kandydatów. Ten niesmak łączył sympatyków wszystkich opcji politycznych. Skoro każdy mówił o potrzebie poważniejszej kampanii wyborczej, dlaczego tegoroczna była tak płytka? Była obmyślana bowiem pod masowego odbiorcę. A tego nie interesują konkrety – liczy się spektakl, granie na najbardziej pierwotnych instynktach bez zagłębiania się w szczegóły. Wszyscy politycy, z których rolą immanentnie przecież związana jest troska o dobro wspólne kraju, zamiast karmić obywateli populistycznymi obietnicami, powinni obywateli uczyć - pokazywać, że to zwykli obywatele są także, a raczej przede wszystkim, beneficjentami nowego ustroju. Doskonałym ruchem było rozesłanie przez ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, uchwalonej w 1997 roku Konstytucji. Jestem głęboko przekonany, że te 243 artykuły ustawy zasadniczej, przeczytane kilka razy ze zrozumieniem dziś wpłynęłyby lepiej na świadomość obywatelską Polaków, niż jałowe spory polityków w telewizji i wszystkie wiece wyborcze. Obecnie nikt nie myśli o nowym pokoleniu obywateli, dla których wolność to nie cenna zdobycz, a oczywisty element zastanego przez nich świata. Może gdyby nauka o Konstytucji nie była zarezerwowana dla studentów prawa i była nas równie blisko co Pismo Święte, dziś mielibyśmy większy dystans do postulatów jej zmian i wiedzielibyśmy więcej o naszym ustroju. Jedno jest pewne – dzięki tej elementarnej wiedzy, traktowalibyśmy każde wybory poważniej i potrafilibyśmy lepiej weryfikować wszystkie kandydatury.

Polska (głowa) w ruinie
Dynamicznie rozwijający się kraj przez jego obywateli traktowany jest jak atrapa nowoczesnej cywilizacji. Żyjemy w przekonaniu, że sami nie możemy niczego zdziałać. Zasiedzieliśmy się w swoich fotelach i bardzo wygodnie jest nam obserwować polityczne igrzyska na szklanym ekranie. Od dzieciństwa słyszymy o tym, że władza to „oni”, że władza to tylko układy i zaprzeczenie uczciwości. Zastajemy pewien porządek i wiemy, że wszelkie nasze trudy w jego zmianie nie mają sensu. Ile razy wpajano nam, że „świata i tak nie zmienisz”? Zwykły obywatel jest konformistą i ta „zwykłość” stanowi w społeczeństwie jego największy atut. Z drugiej strony, każdy kto po władze sięga ma nieczyste intencje, ewentualnie pewien ubytek w systemie wartości. Jak wybierać dobrze z takim przygotowaniem?

Z namiastką demokracji obcujemy po raz pierwszy w szkole, mając do czynienia z samorządem klasowym. W założeniach idea jak najbardziej słuszna – uczniom pokazuje się, że ich głos jest istotny, przez co zachęca się ich do angażowania w sprawy ważne dla całej społeczności szkolnej. Już przy wyborze reprezentantów interesów całej klasy, cechy takie jak siła przebicia i przebojowa osobowość mają decydujące znaczenie. Te kryteria na tym etapie są jak najbardziej wystarczające. Dlaczego jednak w świecie dorosłych, z biegiem czasu te kryteria nie są wzbogacane o nowe? Jedyne co się rozwija, to rozbudzony już w dzieciństwie „gen polskości” – przewodniczący klasy zazwyczaj wykorzystuje swoją funkcję dla swoich własnych celów, a pozostali uczniowie zaczynają szukać i dostrzegać uchybień w jego pracy. Przewodniczący powoli już nie jest jednym z nich. Dalej jest jeszcze gorzej – młodzieżowe rady miasta, organizacje pozarządowe, samorząd studencki... Tu już widzimy doskonale, że istnieje dychotomiczny podział na aktywistów i sceptyków. Więcej jednak jest tych obojętnych, dla których zmiany byłyby co prawda ważne, ale mniej ważne niż ich prywatne sprawy. Wielu z tych ludzi tłumi w sobie idealizm, widząc z czym wiąże się droga do władzy. A droga ta niestety często wiąże się z wieloma poświęceniami, nierzadko nawet z upokorzeniami, których niepewnym wynagrodzeniem może być dojście do upragnionej funkcji.

Prezydent – produkt
Takich poświęceń nigdy nie bał się Andrzej Duda. Nikt nie wie, czy to mrówcza praca w cieniu braci Kaczyńskich, czy może badania opinii publicznej zdecydowały, że na kandydata PiSu wybrano właśnie jego. Niczym odkrywczym jest stwierdzenie, że żelazny elektorat Prawa i Sprawiedliwości oddałby głos nawet na Donalda Tuska, gdyby ten tylko zyskał błogosławieństwo Jarosława Kaczyńskiego i przybrał odpowiednie barwy partyjne. Wybór więc był szeroki – jedynym warunkiem dla przyszłego kandydata był brak bezpośredniego związku ze wspomnieniem Polaków o niesławnej IV RP.

Andrzej Duda, polityk o nieznanej twarzy dla masowego odbiorcy, przez długi czas będzie stanowił inspirację dla specjalistów z zakresu public relations i nieskończony materiał badawczy dla przedstawicieli nauk społecznych. Któżby pomyślał, że nikomu nieznany, ale posłuszny uczeń Lecha Kaczyńskiego i swoich doradców wizerunkowych, stanie się wkrótce głową państwa? O tym nie śnił chyba nawet Jarosław Kaczyński ani żaden lider liczących się ugrupowań politycznych. Tych kilka miesięcy temu, nikt nie pomyślałby, że ktokolwiek jest w stanie wygrać walkę z Bronisławem Komorowskim. Żaden z czołowych polityków nie zdecydował się na kandydowanie na urząd prezydenta - nikogo nie byłoby stać na taką porażkę. Andrzej Duda, Magdalena Ogórek czy Adam Jarubas nie mieli tak naprawdę nic do stracenia – samo kandydowanie w wyborach było dla nich nobilitacją i przełomem w mało spektakularnej karierze politycznej.

Dobra zmiana jest... potrzebna
Dziś następuje początek prezydentury, która może być dla nas wszystkich przełomowa. Dziś mamy święto demokracji, ale niestety demokracji w wersji uproszczonej i populistycznej. Demokracji przystającej do kultury obrazkowej, grającej na najprostszych emocjach tłumu. Wybraliśmy prezydenta na nasze czasy.

Andrzej Duda uroczyście przysiągł, że „dochowa wierności postanowieniom Konstytucji, będzie strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa”. Treść przysięgi określona w Konstytucji RP ma niebagatelne znaczenie. To nie jest kolejna populistyczna obietnica rzucona spragnionym zmian wyborcom. To uroczyste zobowiązanie wobec wszystkich obywateli do przestrzegania ściśle określonego porządku, w którym to Konstytucja, a nie Biblia jest najważniejszym aktem dla prezydenta. Od dziś to nie wytyczne prezesa Kaczyńskiego, a tylko „dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli" będą dla prezydenta zawsze najwyższym nakazem. Przyszłość pokaże jak nowy prezydent będzie wywiązywał się ze złożonej przysięgi – być może szybciej niż wszyscy myślimy. Andrzej Duda jeszcze nie zasłużył na krytykę – w przeciwieństwie do nas, wyborców. Zamiast oceniać przyszłą prezydenturę Andrzeja Dudy, wszyscy pracujmy na to, by w końcu nadeszły czasy, kiedy to sami będziemy decydować przy urnach, który kandydat będzie dobrym prezydentem. Wybierając tak emocjonalnie jak teraz, nie mamy szans wybrać dobrego prezydenta. Ciągle liczymy na łut szczęścia, głosując z nadzieją na nadejście cudu. Teraz musimy więc na te cuda poczekać. Może akurat znów nam się poszczęści?
Trwa ładowanie komentarzy...