O autorze
Aplikant adwokacki, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, oporny biegacz amator, patriota 2.0 ;)

Nieznajomość prawa szkodzi... Coraz bardziej. Wystarczy zetknąć się choć na moment ze środkami masowego przekazu, by odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z ogólnokrajową epidemią.

Pokolenie młodych obywateli, którego stanowię część, obecnie nie spełnia żadnej wartościowej roli w debacie publicznej. Siłę przebicia mają jedynie "manifesty" wyrażane językiem memów, demotywatorów i emotikon. Coraz mniej miejsca jest na merytoryczne dyskusje, a krążące w obiegu opinie coraz rzadziej oparte są na fundamentach naukowych, a częściej na tych wątłych, czysto intuicyjnych.

Mój blog będzie skromnym wyrazem sprzeciwu wobec takiego stanu rzeczy i próbą skierowania dyskusji o najważniejszych sprawach polskiego życia publicznego na bardziej racjonalne tory.

Zapraszam do kontaktu! @W_Sawinski wojciech.sawinski@outlook.com

Nie ma nic za darmo

Wiesz to chyba od zawsze. Niezależnie od tego ile masz lat, ile książek przeczytałeś i czym aktualnie w życiu się zajmujesz. Wiesz to gdy dzwoni do Ciebie konsultant proponujący komplet ultranowoczesnych garnków albo gdy do Twych drzwi puka akwizytor z kursem gry na mandolinie. Dlaczego jednak zapominasz o tym, gdy polityk oferuje Ci darmowego... adwokata?

Parówka wyborcza
Z każdą kolejną kampanią wyborczą przyzwyczajamy się do coraz bardziej spektakularnych obietnic. Rozumiem tę konwencję - w końcu podstawą dobrego marketingu jest przemawianie tzw. językiem korzyści. To taki ładniejszy termin, zastępujący prosty kolokwializm „wciskania kitu”. Kiedyś w pewnej korporacji, od managera usłyszałem, że swój pierwszy milion mogę zarobić sprzedając nawet stare śledzie (dodam, że nie trudniłem się wówczas rybołówstwem:). Żebym jednak mógł takiego śledzia sprzedać, muszę najpierw zapakować go w złoty papierek a następnie sprawić by klient poczuł, że ów śledź jest mu niezbędny i bez niego życie nie będzie takie samo. W pierwszym zetknięciu z taką techniką motywacyjną opadły mi ręce. Później jednak, obserwując wszystkich którzy cokolwiek w życiu „sprzedają” doszedłem do wniosku, że za każdym razem muszę męczyć się nad tym złotym opakunkiem, by dojść do tego, czym naprawdę jest oferowany mi „towar”. Zorientowałem się również, że wszyscy którzy tego złotego papierka z jakiegoś powodu nie odwijają, wcale nie muszą być głupi. Tym sposobem, najlepszym sprzedawcom – politykom - udało się nam wmówić, że darmowa pomoc prawna jest prawem człowieka, które natychmiast i bezwzględnie powinno zostać realizowane. Tu, pod marnym i przezroczystym złotkiem, kryje się zwyczajna niesprawiedliwość.

Szczypta cynizmu, kilo obłudy
Ustawa o nieodpłatnej pomocy prawnej została przyjęta wczoraj ponad podziałami, tylko z jednym głosem przeciw. Realizacja tej obietnicy zapewne stanie się największym orężem rządu Ewy Kopacz w kampanii wyborczej. Darmowa pomoc prawna brzmi super – taki adwokat czy radca prawny i tak jest bogaty, nic nie robi tylko siedzi za biurkiem i zajmuje się papierkami. Nie zbiednieje jak pomoże kilku potrzebującym.

Zgodnie z przyjętą ustawą w skład tych potrzebujących wchodzą: osoby młode do 26. roku życia, posiadacze Karty Dużej Rodziny (duża to ta z trójką dzieci), seniorzy po 65. roku życia, ofiary klęsk żywiołowych, katastrof naturalnych i awarii technicznych oraz kombatanci, weterani i ofiary represji wojennych. Jedyną grupą, która została włączona do programu pomocy prawnej na podstawie kryterium faktycznej sytuacji majątkowej są osoby korzystające z pomocy społecznej. Poza tym, dzięki temu rozwiązaniu 5 najbogatszych Polaków będzie uprawnionych do darmowej pomocy prawnej, albowiem wszyscy są już seniorami. Kiedy Twoje Porsche nawali, ze względu na „awarię techniczną”, co prawda nie dostaniesz darmowego mechanika, ale w ramach pocieszenia, darmowego adwokata.

Dlaczego tego rodzaju pomysły w odniesieniu do palestry mają rację bytu i nie budzą żadnego społecznego sprzeciwu? Jest przecież wielu ludzi w naszym kraju, których z wielu powodów nie stać na różnego rodzaju usługi i towary. Dlaczego program darmowych usług mechaników samochodowych, informatyków czy piekarzy byłby wyśmiany jako kuriozum, a w odniesieniu do usług prawnych budzi szerokie poparcie i entuzjazm?

Liczby nie kłamią
Wynagrodzenie dla adwokata z urzędu jest wypłacane nierzadko nawet około 6. miesięcy po uprawomocnieniu się orzeczenia w sprawie. Wcześniej jednak musi on wykonywać swoje obowiązki, a wszyscy wiemy, że sprawy nierzadko toczą się przez wiele lat. Obowiązki adwokata z urzędu w tym zakresie są takie same jak wobec każdego klienta – przez cały czas trwania sprawy musi być on do jego dyspozycji i dysponować swoim całym „warsztatem pracy”. To wiąże się więc z opłatami za lokal i składkami ZUS – tu adwokat nie różni się niczym od innych przedsiębiorców. Tymczasem, za sprawę z zakresu ubezpieczeń społecznych, czy tzw. pracowniczą adwokat z urzędu otrzyma 60 zł wynagrodzenia – jednorazowego, za całą sprawę, nawet za tą ciągnącą się latami. Jak wylicza Palestra Polska, w czasie sprawy trwającej 18 miesięcy, adwokat poniesie koszty co najmniej ok 28 tysięcy złotych (odsyłam do tabeli w artykule). Od lipca, w ramach nowego procesu karnego, za kwotę ok 400 zł, również płatną z dołu, adwokat w razie potrzeby będzie musiał zdobywać dowody w postępowaniu a nawet kredytować tłumacza przysięgłego dla oskarżonego. Co więcej, od stycznia przyszłego roku, adwokaci będą zobowiązani do pełnienia dyżurów w specjalnych punktach pomocy prawnej. W ramach takiego przymusowego dyżuru, według Ministra Sprawiedliwości, Borysa Budki, adwokat powinien otrzymywać wynagrodzenie tylko za czas, w którym efektywnie udzielał porad. Krótko mówiąc, rekompensata spędzonego na dyżurze czasu będzie sprawą losową – jeśli nikt danego dnia nie przyjdzie do takiego punktu, adwokat za kilka godzin czekania nie otrzyma ani grosza. Czy wynagrodzenie lekarza na dyżurze uzależnione jest od ilości pacjentów, którym udzieli pomocy? Czy takie rozwiązanie byłoby sprawiedliwe? Wyobraźmy sobie, że nagle każdy z nas ma przymus opuszczenia swojej pracy na jeden dzień i oderwania się od swoich spraw, z zastrzeżeniem, że miesięczna wypłata będzie uwzględniała tę nieobecność.

Polsce naprawdę potrzebna jest regulacja określająca spójny system pomocy prawnej. Pomysły rządu, nawet jeśli słuszne, powinny być jednak finansowane z zasobów Skarbu Państwa, a nie z kieszeni któregokolwiek przedsiębiorcy. Określenie „adwokat z urzędu” traci rację bytu, bo „urząd” za to nic nie płaci i rzeczywiste koszty ponosi sam adwokat.

Adwokat diabłów
Gdybym był adwokatem, ten tekst na starcie spotkałby się z odrzuceniem i brakiem jakiejkolwiek refleksji. W najłagodniejszym wypadku zostałbym posądzony o pazerność. Nietrudno zaobserwować drastyczny spadek prestiżu zawodu adwokata i zwyczajnego poszanowania tej profesji. Mówimy tu przecież o ludziach, którzy poświęcili wiele lat na swoją edukację i nawet po jej zakończeniu, zobowiązani są do ciągłego doskonalenia zawodowego. Wszystkie ograniczenia związane z uprawianiem tego zawodu są konieczne, albowiem w rękach adwokata leży los jego klienta, jakkolwiek patetycznie to brzmi. Podobnie jest z lekarzami, jednakże w tym przypadku sprawa jest jeszcze bardziej doniosła, bo dotyczy naszego życia i zdrowia. To porównanie chyba najbardziej oddaje dysproporcję w podejściu polityków i społeczeństwa w traktowaniu obu profesji. Wszyscy mamy świadomość mankamentów publicznej służby zdrowia. Czy ktoś korzysta z usług dentysty za darmo? Przecież o zęby powinien dbać każdy, a idąc tokiem rozumowania polityków obecnego rządu, państwo powinno odpowiadać koniecznym potrzebom obywateli. Wyobraźmy sobie więc lekarza, który ma wykonać darmowy zabieg, zapewnić salę i specjalistyczną aparaturę, opłacić ubezpieczenie a później może zwrócić się o zwrot poniesionych kosztów. Po pół roku otrzyma kwotę 100 zł, która to oczywiście nie odpowiada rzeczywistym kosztom zabiegu. Czy czujesz już, drogi Czytelniku, zapach palonych opon przy ul. Wiejskiej?

„Dziś adwokat, jutro Ty”
Rozumiem, że politycy jak żaden inny sprzedawca, żerują na potrzebach swojej grupy docelowej – obywatelach. Na tym polega ta rola. Każdy z nas ma jakieś potrzeby, marzenia i lęki – nawet gdy nie są uzewnętrznione, dobry „sprzedawca” zawsze je zdekoduje by wymierzyć w nie swój marketingowy cios. W tym wszystkim jednak znów nie rozumiem Ciebie, wyborco, albo bardziej obrazowo: kliencie. Kiedy ostatnio odebrałeś telefon ze „specjalnie przygotowaną dla Ciebie ofertą”? Na ile takich rozmów sprzedawca osiągnął sukces? Podejrzewam, że niewiele razy. W końcu dobrze wiesz, że za wszystkie dobrodziejstwa zapłacisz Ty sam. Co zrobiłbyś jednak, gdyby sprzedawca odparł, że za wszystkie Twoje garnki, nowy smartfon czy komplet bielizny (tak, to też sprzedają przez telefon) zapłaci Twój sąsiad „spod trójki”? Nie będziemy go pytać czy ma na to ochotę albo czy ma takie możliwości. Po prostu Ty korzystasz a sąsiad płaci. Korzystasz nie tylko Ty, bo co to za sukces sprzedawcy, kiedy będzie miał tylko jednego klienta. Korzysta więc całe osiedle, wszak taka oferta zdarza się raz na milion! A co jeśli to Ty mieszkałbyś pod trójką i trafiłoby na Ciebie? Jeśli jedną grupę można zmusić do darmowej pracy, to z następnymi będzie jeszcze łatwiej.
Trwa ładowanie komentarzy...